Bieg jak na skrzydłach – relacja z Wings for Life

Teraz już wiem, jak to jest gdy goni Cię meta. Dodatkowo, a może przede wszystkim, poczułem także czym różni się bieg charytatywny od ścigania się o życiówki. Wings for Life – polecam każdemu! Sam na pewno wrócę na trasę tego biegu!

wings2017

 

Jechałem do Poznania bez żadnych konkretnych oczekiwań. Owszem określiłem sobie cel – 25 km, czyli założenie – biec równo w tempie 5,04 min/km i nie oglądać się za siebie…

Drugą cześć zadania zrealizowałem bezbłędnie – ani razu nie obejrzałem się za plecy i nie patrzyłem, czy Adam Małysz mnie dogonił, czy też nie. Na pewno takie oglądanie nie pomogłoby mojej psychice.

 

Temperatura idealna, tylko po co tak wieje

 

Co do celu kilometrowego i czasowego. Tutaj szybko okazało się, że mogę szybciej… Pierwszy kilometr to jak zawsze za wysokie tempo, mimo że start był pod górkę. Na dodatek po niespełna kilometrze przy trasie stała moja Ola i krzyczała bym nie dał się szybko dogonić. I jak nie słuchać żony.

Drugi kilometr pobiegłem w tempie 4,35, trzeci w 4,43 i ku mojemu zaskoczeniu czułem się, jak na delikatnej wycieczce biegowej. Postanowiłem więc trzymać tempo 4,45-4,50 dopóki się da. Szczególnie, że pogoda sprzyjała. Żadnego słońca, a termometrze 10-11 stopni Celsjusza. Tylko ten wiatr momentami przeginał bijąc w twarz…

 

Tak sobie biegłem i spotykałem po drodze gwiazdy – ambasadorów Wings for Life. Najpierw Teddy’ego Błażusiaka, z którym powspominaliśmy kilka sekund jego początki i występ na żagańskim Jarmarku Michała, który miałem przyjemność spikerować… Potem była Asia Joźwik. Niezaprzeczalna atrakcja biegu. Faceci na trasie ciągnęli za nią, jak szaleni, co drugi chyba specjalnie na tę okazję wziął telefon, by móc zrobić sobie zdjęcia z gwiazdą naszej lekkiej atletyki. Niektórzy chyba nawet przesadzili z tempem biegu, wpatrując się w jej nogi…

 

Najdłużej jednak widzieliśmy się na trasie z Kubą Przygońskim, bo okazało się, że większość dystansu biegliśmy w tym samym tempie. Dopiero później nasz rajdowiec pokazał mi plecy, ale do tego jeszcze wrócę…

 

Kibice – klasa światowa!

 

Teraz o Poznaniu. Muszę przyznać, że to miasto ma klimat dla biegaczy. Kibicowali nam wszyscy – tłumy mieszkańców, kierowcy autobusów i motorniczowie tramwajów, policjanci, strażacy. Przy trasie były prawdziwe tłumy. Były trąbki, klaksony, syreny straży pożarnej. W każdej kolejnej miejscowości czekały na nas tłumy kibiców.

Nie było, jak w innych dużych miastach ludzi psioczących na zamknięte miasto, tylko uśmiech i wsparcie. To jeden z powodów, dla których na pewno jeszcze pobiegnę w Poznaniu!

 

No i tak sobie biegłem i biegłem, a kilometry uciekały. Koło mnie biegł chłopak, który mówił, że prowadzi grupę na 30 km i zaprasza do wspólnego biegu. Podziękowałem i odparłem, że to dystans nie dla mnie. A on odparł „to czemu już od kilku kilometrów biegniesz tempem na 30 km?”. Pomyślałem więc, że może powalczę chociaż o 28 km. I trzymałem tempo.

Na kolejnych punktach żywieniowych trzymałem się planu. Na 5,5 km tylko woda na głowę i lekkie namoczenie ust. Na 11,2 km – znów woda na głowę i łyk izotonika. Na 16,9 piłem i jedno i drugie. Na 21,2 km do tego zestawu doszedł kęs banana.

Od podbiegu na 15 km dawał mi o sobie znać promieniujący ból mięśnia pośladkowego oraz uda… Wiedziałem, że nie mogę szaleć. Dodatkowo po 21 km przesunął mi się język w bucie i trzeba było zrobić pit stop na lekką poprawkę… O dziwo nadal jednak biegło się super. Patrzę na zegarek, a tam ciągle poniżej 5 minut na kilometr, zero kolki, zero skurczy, serce i płuca działają jak najlepiej.

„Po drodze” zaliczyłem półmaraton w 1,41 godz. i biegłem dalej. Tu już na dobre dopadł mnie Kuba Przygoński z kolegą i tak już biegliśmy razem, od czasu do czasu nawet rozmawiając… Mijając 25 kilometr poczułem rozprężenie – „minimum przyzwoitości osiągnięte, wstydu nie będzie”.

 

Finisz wolny, ale dokładny

 

No ale co tam minimum – biegnę dalej… Dopiero wtedy zacząłem myśleć o goniącym mnie Małyszu, o zmęczeniu, o tym jak będę się czuł następnego dnia. Nogi zaczęły dawać znać, że już trochę dziś popracowały. Ale biegniemy dalej… 28 kilometr – cholera, ja ciągle biegnę. Ciekawe ilu ludzi jest przede mną. Kuba i jego koledzy już uciekli, ale są kolejni. Na gadanie jednak sił nie ma. I wtedy już słyszę gwizdki, rowerzystów, ludzi, którzy zaczynają przyspieszać… Jest… Zbliża się… Ale nie przyspieszam, wiem, że mam już swoje lata i nie będę się wygłupiał. Ukończę bieg powoli, ale dokładnie. Małysz przejeżdża wyłączam zegarek – 28,86 km! Darłem się, jak głupi, dziękowałem i gratulowałem wszystkim dookoła… Potem dowiedziałem się, że oficjalnie mam 28,69 km, czyli 3,69 więcej, niż sobie założyłem…

 

Nogi robiły się ciężkie z każdą sekundą, ale trzeba jeszcze było znaleźć autobus. Szliśmy do niego z nowopoznanymi kolegami jeszcze ok. 1,5 km, mijając flagę 30 km – przed biegiem nie myślałem o niej, ale gdy już byłem tak blisko, jakiś tam delikatny żal się pojawił… Może za rok – w 2018 – Wings for Life dokładnie w moje 42. Urodziny. To będzie coś!

 

I na koniec jeszcze o uczestnikach tego biegu – cudowni, uśmiechnięci, zadowoleni, wygadani, mili, sympatyczni, otwarci. Biegacze to generalnie świetli ludzi, ale gdy zaczyna się walka w „normalnych” biegach o miejsca, nagrody, życiówki, pojawiają się czasami nerwy. Ale nie na Wings for Life. Tu wszyscy wiedzą, że biegną, by pomagać i biegną dopóki sił wystarczy.

 

Wielkie podziękowania dla Wolontariuszy, równie uśmiechniętych i mega pomocnych. A także dla kibiców, o których już wspominałem.

 

To były najfajniej biegowo spędzone dwie i pół godziny w moim życiu i wiem, że za rok spędzę tu równie fajny czas! Już czekam na zapisy!

 

Tomek Hucał

 

fot. Aleksandra Stępka

Aktualności